W influencer marketingu nie chodzi o ‘fajne treści’, tylko o przesuwanie konkretnych wskaźników
Dr inż. Jacek Kotarbiński od ponad 35 lat współtworzy oblicze polskiego marketingu, jako praktyk, naukowiec i wizjoner, którego dorobek wyznacza kierunki rozwoju branży. Był członkiem Rady Doradczej prof. Philipa Kotlera w Polsce, a jego książki m.in. „50 Praw Marketingu Kotarbińskiego”, „Marka 5.0”, „Sztuka Rynkologii” czy „Influencer marketing”, stały się punktami odniesienia dla specjalistów i liderów biznesu.
Jest autorem wstępów do polskich edycji kluczowych pozycji światowych autorytetów, takich jak Seth Godin („To jest marketing”), Marcus Sheridan („Co chce wiedzieć klient?”) czy Laura Ries („Visual Hammer”). Jego prace wyróżniają się umiejętnym łączeniem międzynarodowej wiedzy z polską praktyką gospodarczą.
Doktor ekonomii i finansów, inżynier, MBA, a przede wszystkim jeden z najważniejszych ekspertów w obszarze strategii marketingowych, efektywności i kosztów marketingu w średnich i dużych firmach.
Wspiera globalne korporacje, polskie firmy i innowacyjne startupy, pomagając im wzmacniać konkurencyjność i skalować działania rynkowe. Jest członkiem Polskiego Naukowego Towarzystwa Marketingu.
Jego najnowsza książka, „Influencer marketing, czyli ekonomia twórców XXI wieku”, wydana przez Wydawnictwo Naukowe PWN, została uznana za najlepszą książkę biznesową roku 2025 w kategorii „Książka Naukowa” w prestiżowym rankingu Pulsu Biznesu. Pozycja ta ugruntowała jego rolę jako jednego z najważniejszych głosów współczesnego marketingu.
Influencer marketing przez lata był opowiadany prostą historią. Duży zasięg, głośna kampania, ładny raport na koniec. Marki kupowały uwagę, twórcy dostarczali wyświetlenia, a wszyscy udawali, że to wystarcza. Problem w tym, że wyświetlenia nie podejmują decyzji, nie zmieniają nawyków i nie budują długoterminowej wartości biznesowej. Płacą faktury tylko wtedy, gdy ktoś po drugiej stronie naprawdę ufa, rozumie i decyduje się działać.
Dziś ten model się kończy. Algorytmy przestały premiować relacje, treści giną w inflacji formatów, a AI produkuje poprawny content szybciej i taniej niż kiedykolwiek. W tym samym czasie marki oczekują przewidywalności, mierzalności i realnego wpływu na sprzedaż, a nie kolejnych slajdów z zasięgami. Twórcy z kolei coraz częściej stają się mikroprzedsiębiorcami, zarządzającymi własną marką, społecznością, danymi i odpowiedzialnością za rekomendacje. To moment, w którym influencer marketing musi dorosnąć albo stracić sens.
Rozmowa z Jackiem Kotarbińskim dotyka właśnie tego punktu przełomu. To nie jest wywiad o trendach, które „ładnie wyglądają na konferencjach”. To analiza mechanizmów wpływu, decyzji konsumenckich, psychologii zaufania i ekonomii twórców w świecie, gdzie zasięg przestał być walutą, a stał się tylko jednym z narzędzi. Rozkładamy na czynniki pierwsze różnicę między twórcą, który dobrze wygląda w raporcie, a tym, który zostawia ślad w danych biznesowych. Między kampanią, która robi buzz, a współpracą, która realnie zmienia zachowania klientów.
To rozmowa o napięciu między wolnością twórczą a odpowiedzialnością za wynik. O tym, dlaczego mikrospołeczności potrafią sprzedawać więcej niż masowe audytoria. O roli dark social, którego nie da się w pełni zmierzyć, ale nie da się go też ignorować. O AI, które obnaża różnicę między twórcą a operatorem formatu. O algorytmach, które rozrzucają uwagę, ale nie budują pamięci ani relacji.
Jeśli traktujesz influencer marketing jako koszt mediowy, ta rozmowa może być niewygodna. Jeśli myślisz o nim jak o narzędziu realnego wpływu na decyzje, zaufanie i długoterminową wartość marki, to znajdziesz tu konkrety, które zmieniają sposób myślenia. Bez lania wody. Bez mitologii. Z perspektywą 2026+ i brutalnie uczciwym spojrzeniem na to, kto w tym ekosystemie naprawdę ma wartość.
Kamil Ryszard: W influencer marketingu długo dominował zasięg i „nagłośnienie”. Dziś liczy się zdolność twórcy do realnego wpływu: zmiany decyzji, preferencji i zachowań. Jak definiuje Pan twórcę, który naprawdę generuje efekt biznesowy, a nie tylko cyfrowy szum
dr. inż. Jacek Kotarbiński: W tej dziedzinie długo dominowało myślenie zasięgiem i „nagłośnieniem”. Ważne było to, ile osób zobaczyło treść. Dziś wyraźniej widać, że same wyświetlenia nie płacą faktur. Twórcę, który naprawdę generuje efekt biznesowy, definiuję jako partnera marki, który potrafi przeprowadzić swoją społeczność przez cały proces, od „widzę”, przez „rozumiem” i „chcę”, aż do „sprawdzam, kupuję i polecam dalej”. Nie jest to wykonawca pojedynczej kampanii, ale ktoś, kto realnie wpływa na decyzje, preferencje i zachowania odbiorców.
Jego siłą paradoksalnie nie jest liczba obserwujących, lecz jakość relacji z nimi. Społeczność traktuje go jak zaufanego doradcę, a nie ruchomy szyld reklamowy. W efekcie marka nie jest do jego kontentu „doklejana”, lecz naturalnie wpisuje się w jego świat, odpowiada na realne potrzeby odbiorców, rozwiązuje konkretne problemy, wzmacnia styl życia, z którym twórca jest kojarzony. Taki influencer rozumie cele biznesowe i wie, czym jest konwersja w danym projekcie, czy chodzi o sprzedaż, zapis na newsletter, test produktu, wizytę w punkcie obsługi klienta czy pozyskanie leada. Potrafi zaprojektować swoją komunikację tak, by przesuwać konkretne wskaźniki, a nie tylko „robić fajne treści”. Z punktu widzenia np. agencji influencerskiej, sam buzz wygląda ciekawie na prezentacji, ale marketera interesuje konwersja, a dziś przede wszystkim jej efektywność.
Twórca generujący efekt biznesowy to ktoś, kto potrafi nakłonić odbiorców do wypróbowania nowej marki, zrezygnowania z dotychczasowego wyboru, zmiany nawyków zakupowych oraz zbudowania trwałej preferencji i lojalności, a nie jednorazowego zakupu „na kod rabatowy”. Ten wpływ jest mocno mierzalny. W ruchu na stronie i w sklepie, w liczbie zapisów i testów, w sprzedaży, powtórnej sprzedaży, udziale w rynku, a nawet w mniejszej wrażliwości klientów na cenę. Co ważne, taki twórca lub agencja, nie ucieka od danych, oni chcą je znać, rozumieć i pracują na wynik.
W ekonomii twórców influencer przestaje być jedynie producentem treści, ale staje się przedsiębiorcą zarządzającym własną marką osobistą lub markami, które sam tworzy. Jego realnym kapitałem jest zaufanie odbiorców, wiarygodność i zdolność do budowania długoterminowych, sensownych biznesowo relacji z markami. Dlatego twórca, który naprawdę generuje efekt, to nie ten, który najgłośniej krzyczy w internecie, lecz ten, który potrafi przełożyć uwagę na decyzję, decyzję na działanie, a działanie na trwałą wartość dla marki. Przykładowo, ważne jest odróżnianie klasycznego cringe content od prawdziwej strategii zaistnienia i wyróżnienia marki. Mamy masę przykładów cringe i zachwytów nad takim działaniem, ale dla mnie to raczej dowód na brak kompetencji w zakresie współczesnych technik komunikacji.
KR: Marki chcą przewidywalności, twórcy – autonomii. Gdzie leży Pana zdaniem granica między wolnością kreatywną twórcy a odpowiedzialnością za wynik kampanii?
JK: Napięcie między przewidywalnością, której oczekują marki, a autonomią, której bronią twórcy, jest zupełnie naturalne i moim zdaniem zdrowe, o ile dobrze nią zarządzamy. Granica między wolnością kreatywną a odpowiedzialnością za wynik, nie przebiega ani po stronie marki, ani po stronie twórcy, ale w jakości briefu i charakteru partnerstwa. Marka ma pełne prawo oczekiwać jasno zdefiniowanych efektów np. dotarcia do określonej grupy docelowej, realizacji celów komunikacyjnych i biznesowych, ram czasowych, KPI czy sposobu pomiaru. Twórca z kolei powinien mieć swobodę w tym, jak do tych celów dochodzi, zarówno w formie, formacie kanału, języku, narracji, konwencji, tempie i stylu opowieści do swojej społeczności. Innymi słowy, marka definiuje „dokąd”, twórca projektuje „jak”.
Dla mnie całkowita wolność kreatywna kończy się tam, gdzie zaczyna się realna obietnica złożona marce i jej klientom. Jeśli w briefie wspólnie ustalamy, że celem jest np. przetestowanie nowego produktu, wygenerowanie określonej liczby zapisów czy zbudowanie świadomości nowej kategorii, to twórca bierze odpowiedzialność za to, że jego pomysł i forma komunikacji realnie do tego dążą, a nie tylko dobrze wyglądają na feedzie. Warto podkreślić, że nie muszą być to same kompetencje twórcy, ale jego zespołu, który rozumie cele marki. Do tego potrzebne jest solidne wykształcenie i praktyka w marketingu. Tak jak influencer ze swoją firmą potrzebuje solidnego prawnika czy księgowego, w przypadku projektów marketingowych musi mieć człowieka, który rozumie procesy zarządzania marką. I potrafi je efektywnie zrealizować.
Autonomia nie polega na tym, że twórca robi po swojemu, kompletnie ignorując potrzeby marki, tylko na tym, że potrafi przetłumaczyć język strategii na język swojej społeczności, bez utraty ani sensu, ani autentyczności. To bywa naprawdę trudne i wykracza poza np. samo lokowanie produktu na swoim kanale na YouTube. Nierzadko obserwuję, jak wielu twórców wręcz męczy się z promowaniem jakiejś marki, a odbiorca traktuje taki przekaz jak natrętne zło konieczne. Nadal jest niewiele materiału w stylu “testowałem i polecam”, a zbyt wiele “promuję, bo mi za to płacą”. Z kolei marketer musi zaakceptować, że jeśli chce prawdziwej wiarygodności, to nie może reżyserować twórcy jak aktora w spocie TV. To dla zespołów marketingu też bywa trudne i wynika z przyzwyczajeń do klasycznej komunikacji w mediach.
Granica odpowiedzialności przebiega więc tam, gdzie wcześniej wspólnie ustalono zasady gry, czyli mierniki sukcesu, zakres ingerencji marki w treści, akceptowalne formaty, ale też to, czego na pewno nie robimy, bo naruszałoby wartości twórcy lub zabijało zaufanie odbiorców. Jeśli ten kontrakt jest uczciwy, twórca nie boi się odpowiedzialności za wynik, bo wie, jakie są cele i jak będzie rozliczany. Marka natomiast nie boi się autonomii twórcy, bo ma pewność, że działa on w ramach wspólnie uzgodnionej strategii. W takim modelu influencer marketing przestaje być polem walki między kontrolą a wolnością, a staje się partnerską współpracą dwóch marek tj. marki produktowej i marki osobistej twórcy, które grają do jednej bramki.
KR: Mikrospołeczności często okazują się skuteczniejsze niż masowe audytoria. Co sprawia, że mała grupa potrafi sprzedać więcej niż twórca z setkami tysięcy obserwujących?
JK: Realna autentyczność. Siła relacji paraspołecznych. Potrafimy widzieć czy wyczuwać sztuczność. Mikrospołeczności wygrywają z masowymi audytoriami, ponieważ tutaj nie liczy się już krzykliwość, tylko gęstość relacji i poziom zaufania. Mała grupa to często ludzie o bardzo podobnych potrzebach, problemach i stylu życia. Twórca, który ich dobrze zna, mówi ich językiem, rozumie kontekst ich decyzji i realne bariery, przez co jego rekomendacje nie są kolejną reklamą w tle, ale podszeptem kogoś „swojego”. Jeżeli Tomasz Raczek gorąco poleca film, to staram się go obejrzeć i skonfrontować z rzeczywistością. Jeżeli Katarzyna Bosacka odradza jakieś produkty, to też jej wierzę, ponieważ ma świetne przygotowanie i wiedzę z tego zakresu. Podobnie z Piotrkiem Koniecznym i cyberbezpieczeństwem czy profesorem Antonim Dudkiem w zakresie analiz historycznych. Podobnie Tomasz Rożek z “Fundacji Nauka. To lubię”. Kierujemy się wiarygodnością marek osobistych.
Poza tym w mikrospołecznościach każdy komunikat jest bardziej precyzyjny, a przez to lepiej konwertuje, zamiast łowić wszystkich, twórca trafia dokładnie do tych, którzy znają zagadnienie i mogą być gotowi do działania. Mikrospołeczności są też bardziej zaangażowane. Dla wielu ich członków udział w takiej grupie to część własnej tożsamości. Czy to pasja (np. bieganie, fotografia analogowa, niszowa kosmetologia), czy specyficzny etap życia (np. młodzi rodzice wcześniaków, przedsiębiorcy w konkretnej branży). Twórca pełni wtedy rolę eksperta, przewodnika, researchera albo „swojaka”, który testuje produkty za nich i filtruje szum informacyjny. Efekt jest taki, że gdy coś poleca, odbiorcy nie widzą w tym czystego placementu, lecz konkretną odpowiedź na swój problem. To skraca drogę od komunikatu do zakupu i mniej jest wątpliwości, mniej porównywania, więcej zaufania do doświadczenia twórcy. Posłużę się swoim doświadczeniem. Wiele osób pyta mnie, czy mogę im zarekomendować różne rozwiązania z zakresu technologii marketingowych. Polecam te przede wszystkim, które znam i używam np. monitoring Brand24, hosting Zenbox, analizy Sotrendera, biuro prasowe Prowly czy narzędzia społecznościowe FastTony. Moja ocena ich użyteczności wynika po prostu z własnego doświadczenia i w świecie narzędzi eksperckich jest to moim zdaniem klucz.
Mniejsze społeczności to też środowisko, w którym bardzo dobrze działa efekt rekomendacji wewnętrznej. Ludzie komentują, dopytują, dzielą się swoimi wrażeniami, a historia marki żyje dalej w rozmowach między członkami grupy. To, co u wielkiego twórcy bywa tylko jednorazowym „strzałem” w feedzie, w mikrospołeczności staje się pewnym procesem i wspólnym testowaniem, wymianą opinii, powracającym wątkiem. Z perspektywy marki oznacza to więcej realnych decyzji zakupowych, częściej powtarzanych oraz mocniejszą lojalność, a więc sytuację, w której mała, dobrze dobrana grupa potrafi wygenerować większy i trwalszy efekt biznesowy niż twórca z setkami tysięcy przypadkowych obserwujących. Efekt konwersji dużych influencerów bywa skutkiem swoistej statystyki, relacji paraspołecznych czy wręcz owczego pędu. To nie zawsze buduje długotrwały efekt. Wiele lat temu pamiętam historię pewnej książki, która była całkiem niezła, ale słabo się sprzedawała. Na swoim kanale na YouTube pokazał ją pewnej twórca, który był kompletnie z innej bajki, podobnie jak jego widzowie. Pokazał tę książkę, efekt jednorazowej sprzedaży został osiągnięty, ale … nic poza tym. Przypominało to trochę sytuacje, jakby hydraulicy na spotkaniu kupili książkę o hodowli skrzydlic w akwariach morskich. Niby też jakiś związek z wodą, ale kompletnie inna bajka.
KR: W 2026 roku krótkie wideo jest dominujące, ale rośnie też popyt na treści głębsze, edukacyjne, wyjaśniające. Czy influencer marketing będzie musiał dorosnąć do form bardziej wymagających intelektualnie?
JK : To widać na TikToku. Krótki materiał jest albo początkiem, albo cliffhangerem. Moim zdaniem influencer marketing nie tylko będzie musiał dorosnąć do form bardziej wymagających intelektualnie, on już zaczyna to robić. Krótkie wideo pozostanie dominujące, bo idealnie wpisuje się w ekonomię uwagi i scrollowania treści. Ma to swoje wady i zalety, choć psychologowie mocno ostrzegają. Szybkość przyciąga, zatrzymuje na chwilę, wywołuje emocje. Tylko to za mało, żeby budować zaufanie, zmieniać nawyki i tłumaczyć świat, który z roku na rok staje się coraz bardziej złożony. Pamiętam sprzed 15 lat hit Światowej Wystawy EXPO 2010 w Szanghaju, animowaną „Historię Polski” Tomka Bagińskiego. Film trwa 8:30 co jak na pokolenie TikToka to wieczność. Co pamiętamy z tego ciekawego filmu? Polaków, którzy nieustannie walczą z kimś lub o coś. Natomiast nie nauczymy się tu meandrów naszej historii.
Dziś rośnie wartość tych, którzy potrafią nie tylko „błysnąć” w 30 sekundach, ale również spokojnie przeprowadzić odbiorcę przez proces zrozumienia, czy to produktu, czy kategorii, czy problemu, z którym mierzy się konsument. Bardzo często są opisanym przeze mnie w książce „ukrytym klejnotem” (ang. hidden gem), czyli wartościowymi treściami, które mają słabe zasięgi.
Krótkie wideo to swoista winda, która dowozi nas na piętro uwagi, ale sprzedaż, edukacja i budowa lojalności dzieją się dopiero w „pokoju rozmowy”, czyli w podcastach, dłuższych materiałach, webinarach, newsletterach, kursach, rozbudowanych postach i live’ach. Materiały Krzysztofa Stanowskiego, szczególnie ten o Oldze Malinkiewicz czy Natalii Janoszek trwają po 3 godziny każdy. A jednak są oglądane pomimo ich długości. .
Marki, które sprzedają coś więcej niż impulsywną przyjemność, takie jak na przykład usługi finansowe, zdrowie, edukację, technologię, B2B, potrzebują twórców, którzy potrafią tłumaczyć, upraszczać skomplikowane rzeczy bez ich spłycania, stawiać pytania, a nie tylko serwować szybkie odpowiedzi. To oznacza zupełnie inny poziom odpowiedzialności, jednakowo za poprawność merytoryczną, za źródła, za konsekwencje podawanych porad. Tu się pojawia problem, gdzie twórca zaprasza do studia jakiegoś naukowca czy eksperta, którego wiedza jest natychmiast weryfikowana przez innych ekspertów. Tworzy się zamieszanie, nakręca się spirala zasięgów, a algorytmy szaleją. Kto zarabia? Twórca, tyle że nie ma żadnej refleksji nad tym, że owszem, zarobił pieniądze, ale namieszał ludziom w głowach. Powtórzę po raz kolejny, że nie możemy być niewolnikiem jednego parametru, czyli zasięgu. To, że jakaś treść ma wysokie zasięgi, nie oznacza automatycznej wiarygodności. Wiele lat temu BBC walczyła z tabloidyzacją. Dziś nie zapraszają do swoich programów ludzi, których poglądy przeczą uznanej nauce.
Dorośnięcie influencer marketingu polega nie na tym, że wszyscy porzucą krótkie formaty, ale na tym, że nauczą się nimi mądrze zarządzać. Krótkie wideo będzie zaproszeniem, teaserem, haczykiem, cliffhangerem, a prawdziwa wartość przeniesie się tam, gdzie jest miejsce na kontekst, argumenty, przykłady, case studies i spokojną rozmowę. Twórcy, którzy myślą o sobie jak o przedsiębiorcach, ekspertach czy przewodnikach po danej kategorii, inwestują w kompetencje intelektualne. Czytają raporty, rozmawiają z praktykami, konsultują treści z ekspertami, budują własne formaty edukacyjne, są ciekawi. Ci, którzy zostaną tylko przy memicznej, powierzchownej warstwie, będą funkcjonować raczej na obrzeżach poważnych budżetów. Wiarygodne marki nie będą chciały współpracować z takimi twórcami.
Uważam, że influencer marketing będzie musiał dorosnąć, ale nie wbrew sobie, tylko w odpowiedzi na realne oczekiwania odbiorców. Konsument nie chce już tylko zobaczyć coś śmiesznego czy kolejnego festiwalu cringe, tylko chce zrozumieć, jak wybierać, co mu się opłaca, co jest bezpieczne, jakie są konsekwencje decyzji. Marki będą szukały twórców, którzy potrafią połączyć dynamikę krótkich form z głębią treści i to właśnie oni będą wygrywać. Nie tylko liczbą odsłon, ale jakością wpływu na realne wybory ludzi. Ktoś kiedyś powiedział, że internet to wielki śmietnik. Ujmę to inaczej. Tak, w sieci znajdziemy wszystko, ale to od nas zależy, czego szukamy, Dziś w zasadzie możliwości wyszukiwania przejmuje mocno AI.
KR: Współprace twórców z markami coraz częściej wymagają nie tylko kreatywności, ale zrozumienia lejków, strategii, a nawet psychologii decyzji. Czy twórcy będą musieli „stać się marketerami”?
AM: Moim zdaniem twórcy nie będą mieli wyjścia. Jeśli chcą działać poważnie w ekonomii twórców, będą musieli w pewnym sensie stać się marketerami, ale nie w znaczeniu ewolucji np. w dział reklamy, tylko w znaczeniu zrozumienia, jak naprawdę działa biznes po drugiej stronie. Dziś współpraca z marką to już nie jest jednorazowy post „wstaw zdjęcie z produktem i oznacz”, tylko element większej układanki, w którym klient przechodzi od pierwszego kontaktu, przez zainteresowanie, rozważanie, decyzję i w końcu lojalność. To opisywałem w kontekście Influencera 1.0, 2.0 i 3.0. Twórca, który rozumie, w którym miejscu tego procesu ma zadziałać, dużo lepiej projektuje treści. Inaczej opowiada, gdy celem jest świadomość, inaczej, gdy chodzi o test produktu, inaczej, gdy buduje lojalność stałych klientów. Po prostu to elementy modelu AIDA, który został opracowany już pod koniec XIX wieku przez Elmo Lewisa, amerykańskiego specjalistę ds. reklamy i sprzedaży.
To samo dotyczy strategii. Coraz częściej marki nie pytają twórcy tylko „czy Pan/Pani nagra film?”, ale „jak wkomponować Pana/Pani treści w całą kampanię?”. Twórca, który rozumie podstawowe pojęcia jak grupa docelowa, pozycjonowanie, insight, propozycja wartości, przewaga konkurencyjna, KPI, staje się partnerem do rozmowy, a nie tylko nośnikiem zasięgu. Wtedy może świadomie doradzić marce, co u jego społeczności „zagra”, jakiego formatu unikać, jakie bariery trzeba przełamać, by klient w ogóle rozważał zmianę decyzji. To już jest praca bardzo bliska marketingowi, nawet jeśli twórca nadal myśli o sobie przede wszystkim jako o autorze treści.
Do tego dochodzi psychologia decyzji. Influencer, który rozumie, jak działają heurystyki, społeczny dowód słuszności, lęk przed stratą, potrzebę bezpieczeństwa, pragnienie wyróżnienia się czy rolę rekomendacji „od kogoś podobnego do mnie”, potrafi budować komunikację bardziej odpowiedzialnie i skuteczniej. Może pomagać odbiorcom podejmować lepsze decyzje, zamiast wyłącznie podbijać impuls „kup teraz, bo promocja”. Z perspektywy marek takie kompetencje są bezcenne, zwłaszcza w kategoriach wymagających zaufania i edukacji takie zdrowie, finanse, edukacja, technologia, B2B.
Czy to znaczy, że każdy twórca musi mieć magisterkę z marketingu? Nie. Jednak powinien mieć pewne podstawy. A na pewno ludzie, z którymi współpracuje. Twórca staje się dziś mikroprzedsiębiorcą, ma swoją markę, produkt, czyli treści, kanały dystrybucji, społeczność i dane. Jeśli dołoży do tego kompetencje marketingowe, to dla marek przestaje być kosztem, a staje się inwestycją z przewidywalnym zwrotem. I to właśnie tacy przedsiębiorcy będą w kolejnych latach pożądanymi partnerami w influencer marketingu.
To, co najważniejsze, zaczyna się dalej.
Ten materiał to tylko fragment. Pełna treść oraz kontekst są dostępne po zalogowaniu - dla zweryfikowanych użytkowników Strefy Wiedzy. Wybierz typ konta i korzystaj z własnej strefy: materiałów, analiz i narzędzi dopasowanych do Twojej roli.
Zweryfikuj konto (1 zł) i otrzymaj dostępArtykuły • Wideo • Zniżki • Praca • Wiedza • Aktualności

