Esej29 sierpnia 202613 min czytaniaRecenzja

PLAUD Note Pro: ile dobrych rzeczy ginie po rozmowie?

Po miesiącu normalnego używania sprawdzam, czy PLAUD Note Pro jest tylko nowoczesnym dyktafonem, czy raczej zewnętrzną pamięcią do rozmów.

KR

Autor

Kamil Ryszard

inX
Spis treści (12)
  1. 01I tutaj pojawił się PLAUD Note Pro.
  2. 02Przy rozmowach telefonicznych zrozumiałem to jeszcze szybciej
  3. 03Najważniejsze zaczyna się dopiero po zakończeniu rozmowy
  4. 04Polski? Spodziewałem się gorzej
  5. 05Restauracja była lepszym testem niż biuro
  6. 06A później zrobiłem z rozmową coś, czego wcześniej nie robiłem
  7. 07I chyba tutaj pojawia się największa oszczędność
  8. 08Są oczywiście rzeczy, które mnie wkurzyły
  9. 09Jest jeszcze jedno ograniczenie i tutaj AI niczego nie naprawi
  10. 10Po miesiącu najważniejsze pytanie brzmi: czy nadal chcę go używać?
  11. 11Najciekawsze jest jednak coś innego
  12. 12Dlatego gdybym miał dzisiaj opisać PLAUD Note Pro jednym określeniem, nie powiedziałbym „dyktafon AI”.

Ile dobrych rzeczy ginie po rozmowie?

Duża część mojej pracy dzieje się podczas rozmów. Telefony, spotkania, konsultacje, rozmowy z klientami, zespołem, ludźmi, z którymi coś buduję. Czasami piętnaście minut wystarczy, żeby pojawił się pomysł na kampanię, rozwiązanie problemu, nowa funkcja produktu albo wątek, który nagle ustawia cały projekt trochę inaczej.

I właśnie dlatego rozmowy są ciekawe. Są żywe, nieprzewidywalne i często prowadzą w miejsca, których wcześniej nie planowaliśmy. Problem w tym, że rozmowa ma jedną zasadniczą wadę: dzieje się tylko raz.

Nie masz przed sobą dokumentu, który możesz spokojnie przeczytać drugi raz. Nie ma CTRL+F. Nie ma historii zmian. Ktoś coś mówi, Ty odpowiadasz, pojawia się kolejny wątek, za chwilę następny. Po godzinie zostaje w głowie całkiem dużo, ale oczywiście nie wszystko.

Można robić notatki. Sam robię je od lat i pewnie jeszcze długo będę robił. Problem polega na tym, że każda notatka wymaga małej decyzji. Czy to jest ważne? Czy warto to zapisać? Czy zapamiętam? Czy mam przerwać rozmówcy? Czy zapisać teraz, czy dokończyć własną myśl?

Przy jednym spotkaniu nie ma to większego znaczenia. Przy dużej liczbie rozmów zaczyna mieć, bo nie chodzi już tylko o czas potrzebny na zapisanie kilku zdań. Chodzi o uwagę, którą zużywasz na pilnowanie informacji.

A uwaga ma ograniczoną przepustowość.

Jeżeli część głowy cały czas odpowiada za „tylko tego nie zapomnij”, to ta sama część nie pracuje już nad kolejnym pytaniem, skojarzeniem, argumentem czy pomysłem. Nie jest to jakiś dramatyczny problem, który rozwala dzień pracy. Jest dużo bardziej podstępny. To po prostu stałe, niewielkie tarcie.

I właśnie takie małe tarcia lubię usuwać najbardziej.

Nie dlatego, że bez tego nie da się pracować. Da się. Tylko jeżeli jakąś czynność można wykonać bez mojego udziału równie dobrze albo lepiej, to nie widzę specjalnego powodu, żeby dalej płacić za nią własną uwagą.

Przez ostatni miesiąc sprawdzałem, czy da się zrobić dokładnie to z rozmowami.

I tutaj pojawił się PLAUD Note Pro.

Na początku myślałem, że testuję po prostu bardzo nowoczesny dyktafon

Opakowanie PLAUD Note Pro na biurku
PLAUD Note Pro - pierwsze spotkanie z urządzeniem.

PLAUD jest niewielkim urządzeniem, które można mieć przy telefonie i używać do nagrywania rozmów telefonicznych oraz spotkań prowadzonych na żywo. Sam sprzęt jest cienki, minimalistyczny i robi dobre pierwsze wrażenie, ale szczerze mówiąc nie to mnie w nim interesowało.

Dyktafony istnieją przecież od dawna.

Samo nagranie rozmowy również nie rozwiązuje mojego problemu. Jeżeli po godzinnym spotkaniu dostanę godzinny plik audio, którego później muszę odsłuchać od początku do końca, to właśnie stworzyłem sobie dodatkową godzinę pracy.

Nie jest to dokładnie kierunek, w którym chciałbym rozwijać swoją produktywność.

Dlatego pierwsze dni były dla mnie bardziej sprawdzaniem całego procesu niż samego urządzenia. Czy będę pamiętał, żeby go używać? Czy nagrania będą wystarczająco dobre? Czy transkrypcja po polsku rzeczywiście będzie użyteczna? Czy po tygodniu nie okaże się, że to kolejny fajny gadżet, którym człowiek bawi się przez kilka dni, a później znajduje go podczas porządkowania szuflady?

I przede wszystkim: co właściwie zyskuję poza tym, że rozmowa została nagrana?

Odpowiedź zaczęła pojawiać się dopiero po kilku spotkaniach.

Zauważyłem, że zmienił się nie tylko sposób, w jaki zapisuję informacje po rozmowie. Zmieniła się sama rozmowa.

Wcześniej naturalnie filtrowałem to, co słyszę. To warto zapisać. Tego nie muszę. To zapamiętam. Do tego wrócę później. Jeżeli rozmowa jest rejestrowana, nie muszę już podejmować tej decyzji w momencie, kiedy informacja się pojawia.

Mogę zdecydować o tym później.

To brzmi jak mała różnica, ale jest zaskakująco uwalniająca. Jeżeli w trakcie rozmowy pojawia się dodatkowy pomysł, mogę go rozwinąć. Jeżeli chcę podrzucić rozmówcy jeszcze jeden przykład, robię to. Jeżeli jakiś wątek wydaje się ciekawy, nie muszę przerywać go sobie w głowie tylko po to, żeby zanotować poprzedni.

Mogę po prostu bardziej uczestniczyć w rozmowie.

I chyba właśnie wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że nie testuję dyktafonu.

Testuję możliwość przeniesienia części pamięci roboczej gdzie indziej.

Przy rozmowach telefonicznych zrozumiałem to jeszcze szybciej

Korzystam z iPhone'a i jeśli ktoś przez lata próbował wygodnie nagrywać rozmowy telefoniczne w tym ekosystemie, prawdopodobnie wie, dlaczego ten fragment testu interesował mnie szczególnie.

Nie chciałem kombinować z drugim telefonem, głośnikiem, dodatkowymi aplikacjami czy dziwnymi procedurami, o których trzeba pamiętać przed każdą rozmową. Jeżeli system ma zwiększać wydajność, nie może wymagać pięciu nowych kroków przed wykonaniem jednego starego.

Tutaj PLAUD sprawdził się bardzo dobrze.

PLAUD Note Pro na biurku obok klawiatury
Mały format, który nie przeszkadza w normalnej pracy.

Prowadzę rozmowę, nagranie zostaje zapisane, a po jej zakończeniu mam materiał, z którym mogę później pracować. I właśnie w tym miejscu wydarzyła się rzecz, która przekonała mnie dużo bardziej niż jakakolwiek funkcja pokazana na stronie producenta.

Kilka razy wracałem do podsumowania rozmowy i trafiałem na coś, o czym kompletnie już nie pamiętałem.

Nie na detal w stylu godzina następnego spotkania. Na normalny wątek, do którego warto było wrócić.

To jest zresztą ciekawy problem z pamięcią. Kiedy czegoś zapominamy, bardzo często nie wiemy, że zapomnieliśmy. Nie pojawia się komunikat:

„Uwaga. Właśnie zgubiłeś bardzo dobrą myśl z 37. minuty rozmowy”.

Po prostu jej już nie ma.

Dopiero kiedy coś nam ją przypomni, pojawia się:

„Aaa, faktycznie. Przecież o tym rozmawialiśmy”.

PLAUD kilka razy zrobił mi właśnie to.

I wtedy zacząłem patrzeć na niego mniej jak na urządzenie nagrywające, a bardziej jak na zewnętrzną pamięć do rozmów.

To nadal nie znaczy, że człowiek przestaje myśleć albo pamiętać. Nie o to chodzi. Chodzi o to, że nie muszę już traktować własnej pamięci jako jedynego miejsca, w którym przez kilka dni przechowuję kontekst kilkunastu różnych rozmów.

To jest różnica.

Najważniejsze zaczyna się dopiero po zakończeniu rozmowy

Nagrywanie to dla mnie może 20 procent wartości tego urządzenia. Reszta zaczyna się później.

Po rozmowie dostaję transkrypcję i podsumowanie. Mogę zobaczyć najważniejsze informacje, wrócić do konkretnego fragmentu, sprawdzić ustalenia. Są też wizualizacje, które w niektórych przypadkach okazują się dużo wygodniejsze niż kolejna ściana tekstu.

I właśnie ten element mnie zaskoczył, bo spodziewałem się przede wszystkim zwykłego streszczenia. Tymczasem materiał można później oglądać z kilku perspektyw, a jeśli czegoś potrzebuję, mogę po prostu zapytać o to nagranie.

Funkcja Ask Plaud jest tutaj naturalnym rozszerzeniem całego pomysłu. Zamiast szukać ręcznie po transkrypcji, można zadać pytanie dotyczące konkretnej rozmowy.

Co ustaliliśmy w kwestii X?

Co druga osoba powiedziała o Y?

Jakie zadania wynikają z tej rozmowy?

Jakie pomysły pojawiły się podczas spotkania?

I tutaj nagle zaczyna się robić naprawdę interesująco, bo nagranie przestaje być archiwum.

Staje się bazą wiedzy.

To dla mnie istotna różnica. Mam mnóstwo informacji zapisanych w różnych miejscach, ale samo posiadanie informacji jeszcze niewiele daje. Wartość pojawia się dopiero wtedy, kiedy można do niej szybko dotrzeć i coś z nią zrobić.

Jeżeli mam godzinę nagrania i wiem, że gdzieś w środku padło ważne zdanie, mam problem.

Jeżeli mogę zapytać o to zdanie albo od razu zobaczyć podsumowanie całej rozmowy, problem jest dużo mniejszy.

Rozpakowany PLAUD Note Pro z akcesoriami
Wartość urządzenia zaczyna się dopiero wtedy, kiedy nagranie można dalej wykorzystać.

Polski? Spodziewałem się gorzej

Transkrypcja była dla mnie jednym z większych znaków zapytania.

Na prezentacjach wszystko działa pięknie. Jedna osoba mówi idealnym angielskim, siedzi przy mikrofonie, kończy każde zdanie i najwyraźniej nigdy nie używa słów branżowych, nazw własnych ani skrótów.

Prawdziwa rozmowa wygląda trochę inaczej.

Zdania urywamy.

Wchodzimy sobie w słowo.

Mówimy „no wiesz, o to chodzi”.

Używamy nazw produktów, klientów, projektów, angielskich określeń i polskich końcówek doklejonych do angielskich określeń.

Czasami sami nie wiemy, jak poprawnie zapisać słowo, które właśnie powiedzieliśmy.

PLAUD nie jest tutaj bezbłędny. Zdarzają się pojedyncze pomyłki, czasami jakieś słowo zostanie źle zrozumiane, szczególnie kiedy rozmowa robi się bardziej specyficzna.

Tylko że skala tych błędów mnie nie irytuje.

To dla mnie najważniejsze.

Nie używam przecież transkrypcji jako gotowego materiału prasowego. Nie ma być stenogramem rozprawy sądowej. Ma zachować sens rozmowy, pozwolić odnaleźć informację i dać materiał do dalszej pracy.

Pod tym względem polski działa naprawdę dobrze.

I co ważne, nie mam później poczucia, że najpierw oszczędziłem czas na robieniu notatek, a następnie oddałem go z nawiązką na poprawianie transkrypcji.

To zabiłoby cały sens tego rozwiązania.

Restauracja była lepszym testem niż biuro

W idealnych warunkach trudno mi oceniać sprzęt tego typu.

W domu jest cicho. Ludzie siedzą blisko. Nie ma specjalnie wielu przeszkód. Jeżeli urządzenie stworzone do nagrywania rozmów nie radzi sobie w takich warunkach, mamy znacznie większy problem.

Dlatego ciekawsze było dla mnie użycie go podczas spotkania w restauracji.

Normalny ruch. Ludzie przy innych stolikach. Muzyka. Kelnerzy. Naczynia. Krzesła. Wszystko to, czego nie ma w pięknym filmie reklamowym pokazującym spotkanie czterech ludzi w sterylnej sali konferencyjnej.

I poradził sobie bardzo dobrze.

Nie musiałem później walczyć z materiałem ani domyślać się połowy wypowiedzi. To wystarczyło, żeby transkrypcja i późniejsze podsumowanie były użyteczne.

I właśnie to jest dla mnie właściwy test.

Nie interesuje mnie specjalnie, ile mikrofonów znajduje się w środku, jeżeli końcowy efekt jest słaby. Tak samo jak nie interesuje mnie liczba parametrów aparatu, kiedy zdjęcie wygląda źle.

Chcę położyć urządzenie, przeprowadzić normalne spotkanie, a później dostać materiał, na którym da się pracować.

Dostałem.

A później zrobiłem z rozmową coś, czego wcześniej nie robiłem

To jest chyba najważniejszy fragment całego testu.

Część nagrań zostawiam w PLAUD i wracam do nich wtedy, kiedy potrzebuję. Ale czasami biorę transkrypcję i wrzucam ją dalej do swoich agentów AI.

I wtedy rozmowa zaczyna żyć drugi raz.

Wyobraźmy sobie godzinne spotkanie dotyczące jakiegoś projektu.

Normalnie po spotkaniu powstają notatki. Kilka ustaleń. Lista rzeczy do zrobienia. Może dokument. Wszystko zależy od tego, jak ważna była rozmowa i ile mamy później czasu, żeby ją opracować.

Tylko notatki są zawsze pewnym skrótem rzeczywistości.

Jeżeli zapiszę:

„zmienić ofertę, klient nie rozumie wartości”

to wiem mniej więcej, o co chodzi.

Ale pełna rozmowa zawiera znacznie więcej.

Dlaczego klient nie rozumie wartości?

Jak to opisał?

Jakich słów użył?

Co uważa za najważniejsze?

Co powiedział wcześniej?

Jaki przykład podał?

Czy miał obiekcję dotyczącą ceny, procesu, czasu, ryzyka?

Moja notatka przechowuje wniosek.

Transkrypcja przechowuje kontekst.

A dla AI kontekst robi gigantyczną różnicę.

Mogę więc wziąć rozmowę i na jej podstawie przygotować dokument. Rozwinąć koncepcję. Stworzyć ofertę. Wyciągnąć pomysły. Zrobić listę działań. Przekazać zadania dalej. Przeanalizować problem.

I właśnie tutaj przestałem patrzeć na PLAUD jako na produkt do robienia notatek.

Zacząłem patrzeć na niego jak na wejście do kolejnego procesu.

Rozmowa staje się danymi.

Dane można dalej przetwarzać.

A jeśli cały ten przepływ będzie z czasem coraz bardziej zintegrowany z innymi narzędziami, zaczyna mi się to podobać jeszcze bardziej. Właśnie na takie integracje czekam najbardziej.

Nie chcę mieć idealnego archiwum rozmów.

Chcę mieć sytuację, w której wartościowa rozmowa może bardzo szybko zamienić się w konkretne działanie.

I chyba tutaj pojawia się największa oszczędność

Łatwo byłoby napisać, że PLAUD oszczędza mi X minut na jednym spotkaniu.

Tylko nie mierzyłem tego ze stoperem i nie chcę wymyślać liczb, żeby recenzja wyglądała bardziej naukowo.

Widzę natomiast coś innego.

Rzeczy po rozmowach dzieją się szybciej.

Szybciej można przygotować dokument. Szybciej zebrać ustalenia. Szybciej wrócić do pomysłu. Szybciej rozwinąć koncepcję. Jest mniej sytuacji, w których dwa dni później trzeba próbować odtworzyć sobie kontekst spotkania.

I przede wszystkim mniej rzeczy przepada.

Dla mnie to jest dużo ważniejsze niż samo „zaoszczędziłem dziesięć minut”.

Produktywność nie zawsze polega na skracaniu każdej czynności.

Często polega na usuwaniu tarcia pomiędzy czynnościami.

Rozmowa się kończy.

Co dalej?

Jeżeli odpowiedź brzmi: muszę zrobić notatkę, uporządkować ją, przypomnieć sobie kilka fragmentów, przygotować dokument, znaleźć jeszcze wiadomość sprzed tygodnia i dopiero wtedy mogę zacząć właściwą pracę, to mamy sporo tarcia.

Jeżeli po rozmowie duża część kontekstu już istnieje w formie, którą można dalej przetwarzać, droga robi się krótsza.

I właśnie dlatego użyłem wcześniej określenia „booster wydajności”.

Nie dlatego, że brzmi fajnie.

Po prostu najlepiej opisuje to, co zauważyłem po miesiącu.

Nie robię nagle dwa razy więcej rzeczy. Nie stałem się innym człowiekiem. Nie odkryłem cudownej metody zarządzania czasem.

Po prostu kilka elementów pracy wymaga ode mnie mniej energii niż wcześniej.

A takich zmian szukam najchętniej.

Są oczywiście rzeczy, które mnie wkurzyły

Pierwsza jest bardzo przyziemna.

Ładowarka.

Urządzenie jest bardzo cienkie, więc rozumiem, dlaczego producent zastosował własne magnetyczne rozwiązanie zamiast klasycznego portu USB-C. Fizycznie trudno byłoby tam pewnie zmieścić zwykłe gniazdo bez zmiany całej konstrukcji.

Rozumiem.

Ale nadal oznacza to kolejny kabel.

A należę do ludzi, którzy bardzo polubili świat, w którym jednym USB-C mogę naładować komputer, telefon, słuchawki i połowę pozostałej elektroniki.

Tutaj trzeba pamiętać o dodatkowej ładowarce.

Nie jest to powód, żeby nie kupować urządzenia. Jest to powód, żeby raz na jakiś czas powiedzieć pod nosem coś mało eleganckiego, kiedy przypomnisz sobie, że kabel został w innym miejscu.

Druga rzecz pojawiła się, kiedy zobaczyłem abonament.

Moja pierwsza reakcja była mniej więcej:

„Aaaaaaa. Okej...”

Bo to zawsze działa trochę tak samo. Kupujesz sprzęt, cieszysz się nowym sprzętem, a za chwilę dowiadujesz się, że za część możliwości AI możesz jeszcze płacić co miesiąc.

Tylko tutaj po chwili emocje mi przeszły.

Jest darmowy plan z określoną pulą minut i jeśli ktoś nie nagrywa połowy swojego życia, może się okazać, że to mu spokojnie wystarczy. Jeżeli natomiast ktoś używa urządzenia naprawdę intensywnie zawodowo i potrzebuje większego limitu, wtedy patrzę na to już trochę inaczej.

Bo jeżeli coś zwiększa moją wydajność, przestaję oceniać koszt wyłącznie jako:

„kolejna subskrypcja”.

Zaczynam pytać, co dzięki niej dostaję.

Jeżeli za stosunkowo niewielki koszt mam mniej zgubionych ustaleń, szybciej przygotowane materiały i większą wartość z rozmów, to ta kalkulacja zaczyna wyglądać sensownie.

Tak wiele za tak niewiele.

Jest jeszcze jedno ograniczenie i tutaj AI niczego nie naprawi

Trzeba pamiętać, żeby mieć PLAUD ze sobą.

Miałem już sytuację, kiedy go zapomniałem.

I oczywiście właśnie wtedy przypomniałem sobie, że zdążyłem już przyzwyczaić się do jego obecności.

To nie jest wada sprzętu. To jest kwestia nowego nawyku.

Telefon. Klucze. Portfel. PLAUD.

Pewnie za jakiś czas przestanę o tym myśleć. Na razie jeszcze zdarza mi się wyjść bez niego, szczególnie dlatego, że jest na tyle mały, że łatwo nie zauważyć jego braku.

Sam sprzęt pod tym względem bardzo mi odpowiada. Jest mały, minimalistyczny, dobrze wykonany i po prostu ma fajny feeling. Nie mam poczucia, że noszę przy telefonie jakiś wielki dodatkowy gadżet.

Podobnie z aplikacją.

Jest czysta, minimalistyczna i nie próbuje udowodnić mi na każdym ekranie, że korzystam z AI.

To jest większy komplement, niż może się wydawać.

Wiele narzędzi AI cierpi dziś na dziwną chorobę. Muszą pokazać użytkownikowi wszystko naraz. Pięć modeli, dziesięć funkcji, siedem miejsc do konfiguracji i wielki przycisk z gwiazdkami, żeby przypadkiem nikt nie zapomniał, że tutaj działa sztuczna inteligencja.

Ja chcę znaleźć rozmowę ze środy.

Tutaj znajduję.

Chcę zobaczyć podsumowanie.

Widzę.

Chcę wrócić do transkrypcji albo zadać pytanie.

Robię to.

I bardzo dobrze.

Produkt, który ma usuwać tarcie, nie powinien tworzyć nowego tarcia w swojej obsłudze.

Instrukcja szybkiego startu PLAUD Note Pro
W zestawie jest też to, czego nie da się zastąpić aplikacją: prosty start.

Po miesiącu najważniejsze pytanie brzmi: czy nadal chcę go używać?

To jest mój ulubiony sposób oceniania takich urządzeń.

Pierwsze dni nie znaczą prawie nic.

Nowy sprzęt zawsze jest interesujący. Człowiek klika, sprawdza, testuje, pokazuje komuś funkcje. Wszystko jest nowe, więc wszystko wydaje się trochę ciekawsze niż normalnie.

Prawdziwy test zaczyna się później.

Kiedy urządzenie przestaje być nowe.

Kiedy nie muszę już niczego sprawdzać.

Kiedy równie dobrze mogę wrócić do starego sposobu pracy.

Jeżeli po miesiącu nadal naturalnie po coś sięgam, oznacza to, że produkt znalazł swoje miejsce w moim procesie.

PLAUD znalazł.

Korzystam z niego dalej i kupiłbym go za własne pieniądze.

Ale nie polecałbym go każdemu.

Największy sens widzę u osób, które dużo rozmawiają i dla których rozmowy generują wartość. Przedsiębiorców, sprzedawców, konsultantów, managerów, doradców, ludzi prowadzących dużą liczbę spotkań, wywiadów albo rozmów z klientami.

Im więcej istotnych rzeczy dzieje się w Twojej pracy ustnie, tym bardziej interesujące robi się urządzenie, które potrafi tę warstwę pracy zachować i później jeszcze przetworzyć.

Jeżeli masz dwa spotkania w miesiącu i większość dnia pracujesz samodzielnie, prawdopodobnie nie potrzebujesz osobnego urządzenia do ich nagrywania.

Taksówkarzowi też raczej bym go nie wciskał.

Chociaż biorąc pod uwagę historie, jakie ludzie potrafią opowiadać w taksówkach, być może właśnie znalazłem niszę, o której PLAUD jeszcze nie pomyślał.

Najciekawsze jest jednak coś innego

Przez ostatnie lata zobaczyliśmy ogromną liczbę narzędzi AI, które potrafią robić imponujące rzeczy.

Generować obrazy.

Pisać teksty.

Tworzyć filmy.

Budować strony.

Analizować dane.

Niektóre z nich robią świetne demo, ale niekoniecznie zmieniają codzienny sposób pracy. Otwierasz je raz na jakiś czas, robisz konkretną rzecz i zamykasz.

Coraz bardziej interesują mnie inne narzędzia.

Takie, które nie muszą robić wielkiego show, bo po prostu usuwają fragment pracy, który wcześniej był mój.

PLAUD jest dla mnie właśnie takim przypadkiem.

Nie dał mi nowej supermocy.

Nie rozwiązał problemu, z którym wcześniej sobie nie radziłem.

Po prostu zabrał z procesu kilka małych rzeczy, które wcześniej wymagały mojej uwagi: pilnowanie, czy coś zapisałem, wracanie pamięcią do rozmowy, szukanie kontekstu, odtwarzanie ustaleń.

I dzięki temu mam trochę więcej miejsca na rzeczy, których nie chcę oddawać AI.

Myślenie.

Rozmowę.

Pomysły.

Łączenie faktów.

Podejmowanie decyzji.

To jest chyba najlepszy rodzaj automatyzacji.

Nie taki, który próbuje zastąpić człowieka w najciekawszej części pracy.

Tylko taki, który usuwa z niej część najmniej potrzebnego wysiłku.

Dlatego gdybym miał dzisiaj opisać PLAUD Note Pro jednym określeniem, nie powiedziałbym „dyktafon AI”.

To byłoby za mało.

Dla mnie jest to booster wydajności.

Nie dlatego, że dzięki niemu robię magicznie dwa razy więcej.

Tylko dlatego, że mniej wartościowych rzeczy przepada po drodze, a to, co już wydarzyło się podczas rozmowy, znacznie łatwiej zamienić później w działanie.

I właśnie za to po miesiącu najbardziej go polubiłem.

Jeżeli ktoś chce sam sprawdzić, jak wygląda PLAUD Note Pro, może zajrzeć na stronę producenta PLAUD.

PLAUD Note Pro otrzymałem od producenta do testów i przygotowania recenzji. Tekst powstał na podstawie około miesiąca normalnego używania urządzenia podczas rozmów telefonicznych i spotkań.

/ /

Tematy

#PLAUD#PLAUD Note Pro#recenzja#AI#produktywność#technologia
Udostepnij:LinkedInX
KR

Tekst

Kamil Ryszard

Marketing od 2008. Buduje ekosystemy, prowadzi spolecznosc 75 000 marketerow i wlascicieli firm na Facebooku. Szkoli i doradza, m.in. Glovo.

Po lekturze

Chcesz pogadać o swoim marketingu?

Wybierz pasujący obszar albo napisz wprost, z czym się mierzysz.

Wszystkie usługi
//POWIĄZANE / POZNAJ TEMAT

Powiązane: poznaj temat

Trzy najszybsze następne kroki — bez fluffu.